Zakaz skrętu i nawracania
czyli o roli przykładu własnego
-gdy jest w drużynie zastępowa próbująca na siłę zmieniać swoje harcerki, choćby "ogniem i mieczem"
-jako gawęda na kursie zastępowych, by pokazać, że przykład własny skuteczniej zmienia postawy niż celowe działania, a zwłaszcza puste słowa
-zaczynajmy od pracy nad sobą zanim zaczniemy wytykać innym błędy
-nie mam prawa wymagać, by inny się zmienił. Mogę tylko sama stawać się lepsza
___________________________________________________________________________
Opowiedział mi to ksiądz Leszek.
Zresztą opowieść wypłynęła z niego zupełnie przypadkowo; wiózł mnie przez Kraków, błądziliśmy po nieznanym mieście z nadmiarem znaków zakazu skrętu i nawracania. A my właśnie nawrócić potrzebowaliśmy…
"Jako młodziutki ksiądz miałem piękne marzenia. Gdyby każdym moim kazaniem udało mi się nawrócić choć jedną osobę- myślałem- ale byłoby pięknie. Patrzcie; powiedzmy trzy kazania w tygodniu, 52 tygodnie w roku, przez 10 lat byłoby…Królestwo Boże pękałoby w szwach.
Staję na ambonie i zanim zacznę mówić, patrzę po twarzach wiernych. Kogo zmienią moje słowa. Kto mnie posłucha. Ta pani w futerku? Ten chłopak z teczką?
Bo, taka prawda, gdy słucham w konfesjonale, to widać, że roboty dużo. Tyle grzechów, bylejakości. Trzeba się za to wziąć.
Potem zacząłem się wściekać, że nie widzę jakichś szczególnych efektów. Nawet na jakiś czas wziął mnie wstręt do układania kazań. Bo po co się będę męczyć, jak nie wiadomo, czy to da efekt, czy ktoś tego w ogóle słucha.
Taka moja znajoma licealistka mi wtedy powiedziała -zakończył- To piękne, księże. Codziennie nawracać co najmniej jedną osobę. Ale tą osobą niech będzie ksiądz sam!"
Bo to przynajmniej jest obiektywne i konkretne. A widząc przykład dobrego życia, inni ludzie siłą rzeczy też się zarażą.
